asking questions

looking for extraordinary

Zachód słońca i czy to wiele

Patrzyłam dziś z brzegu na te dość gwałtowne, ale regularne bałwany morskie, widziałam jak delikatna, jedwabno-różowa poświata zachodzącego słońca opromienia góry i tworzy z nich niezapomniane, malownicze krajobrazy, jakby dwuwymiarowe i namalowane szafirową akwarelką, rozmyte częściowo, ale dzięki tej niewyraźności tym piękniejsze… Widziałam cienie skrzeczących mew nad głową, słyszałam szum ciepłego wiatru w liściach palm i obserwowałam jak ten piękny lazur wody stopniowo nabiera coraz to ciemniejszego, groźniejszego odcienia. Postrzegałam to wszystko niemal każdym ze zmysłów i wiedziałam, że jest większe niż codzienność, że dla takich momentów się żyje - i ja chciałam się poczuć w ten sposób, myślałam jednak o wielu rzeczach tak błahych, tak nieistotnych, tak niedojrzałych czasem. Zapragnęłam jednak być częścią komplementarną tego podniosłego momentu, sama być ponad codzienność, ale nie udało mi się; nadal byłam tak blisko ziemi, nadal myślałam w taki maluczki sposób. Wyjątkowość nie wychodzi mi zbytnio, widzę, że w podsumowaniu jestem tylko jak ta jedna z fal, rozpędzona, wśród wielu, ale z impetem pędząca ku brzegowi, by zniknąć jako mokra plama na piasku. Myślałam o wielkości spraw, o wznoszeniu się wyżej i ku lepszemu - czasami mi się wydaje, że mogłabym. Ale słońce chowa się już całkiem za linię horyzontu, zapada ciemność, a ja znowu jestem małym człowieczkiem, którego otacza nieistotność i cyniczne wybryki rzeczywistości. Wzniosłość okazji odchodzi na dalszy plan, a ja nadal nie wiem jak zdobyć wyższą wartość, które taki wspaniały, chwilowy pejzaż zupełnie naturalnie i niepodważalnie posiada. Mimo to jestem szczęśliwa, że dane jest mi uczestniczyć w takich jednostkowych uroczystościach wszechświata. Jeśli zaczynasz zwracać na to uwagę, na tę wyjątkowość, na ten ponadprzeciętny wyraz, zauważysz że jest ich całe mnóstwo. To z kolei jest perspektywą pogodną, bo oznacza szansę, by kiedyś uczynić się wielkim, obrócić swój żywot z marnego w doniosły, wyplenić przeciętność z własnego wnętrza.

fleck-tesseract:

Voyages Over Paris | by Fleck
p.s. See an exciting new kickstarter print collection by Fleck here

Nieznośna lekkość bytu

I jest tak, jakby niektóre rzeczy zostały powiedziane, wyjęte z mojej głowy i przelane na papier bez mojej wiedzy, kilka dobrych lat wcześniej. Pustka, która przykryła wtedy moje myśli, podszyta była trochę strachem - później jednak - podziwem. Mądry ten ktoś, kto tak trafnie w sedno moich spostrzeżeń umie utrafić, mądrzejszy niż ja, formułujący teorie do końca, od podstaw do pobocznych odnóg, pełniej je wyrażający. Pustka ustąpiła miejsca wspaniałemu uczuciu, dwojakiemu - że jakiś umysł takie same tory myślenia ma jak ja, i być może moje ku dobremu zmierzają; oraz że tyle jeszcze się mogę nauczyć. Kundera skradł mnie na te momenty, kiedy całe kartki mogłabym przykleić do czoła i nosić jako emblemat osobowości. Nie wiedziałam, czy mogłabym coś jeszcze stworzyć, pełna pokory dla majstersztyku o codzienności postrzegania. Mogłabym przepisać fragment za fragmentem, dogłębnie rozkoszując się dreszczem zrozumienia, ale zostawię to na razie. Potrzymam sobie te treści gdzieś z tyłu głowy, niechaj poobijają mi się po podświadomości, implementując nowe, pełniejsze tezy i rozwiązania. Dzięki, dzięki za wielkich ludzi, którzy potrafią widzieć, wiedzieć i rozumieć.

bariery

woda gdzieś kapie, kropla za kroplą, patrzę w przepełnioną szklankę, ma ładne, podobno ręczne zdobienia. Obraz jest zniekształcony, jak przez soczewkę, to normalne, ale kiedy zabieram szklankę to może zabieram sobie pryzmat prawdziwości. Stare to myśli, wzbierają znowu jak falą, patrzę na spuchniętą, zmęczoną twarz, jeszcze chwilę temu była młoda, a żółty siniak pod brodą zniknie? Patrzenie jest trudne, kiedy zaczynasz o tym myśleć, tyle bodźców na raz, a ja modlę się, żebyś odebrał ten właściwy. korzystny. Nie ma tylko “korzystnie” i ludzie przecież nie obiektywizują na siłę, tylko czują i oceniają, ja też; nic nie powstrzyma mimowolnego krytycyzmu, nie nagnie się. Czemu chce coś zmieniać? Kiedyś ktoś złapie szklankę, a ja przez jej warstwy dobry format. Boję się tylko siebie, jestem taka poblokowana i ograniczona, ma być tak, tylko że jak tak jest to chcę inaczej i więcej i nie wiem w końcu czego chcę. A to co myślę że chcę jest takie wąskie, w ogóle się nie chce poszerzyć i właściwie jakbym nie miała na to wpływu. Proszę, weź mnie i odblokuj. Daj mi coś na siłę, żeby wrosło we mnie jak korzeń, nim się zorientuje oplotło mnie szczelnie gałęziami i żeby nagle do mnie dotarło że to jest naturalne i właściwe. Pogubiłam nawet przecinki, nie wracam. Wiem, że mam jakiś grunt, brakuje tylko ogrodnika, szalonego botanika, który będzie dbał o swoją roślinkę mimo susz i burz, mimo nieurodzajności i nagle się okaże, że w tym klimacie idealnie się to nadaje! Bałagan, nie chciałam być ani trochę jaśniejsza. Chciałam wylać enigmę przemyśleń, jak zwykle bezosobowo, niekonkretnie by nie czuć się zawstydzona bezpośredniością i płytkością wywodu. Gałęzie jak woda, potrafią zniszczyć skałę, może nawet te mury, rozsadzając je od środka. Wierzę, że ściany znikną.

Inspired by Mathilde

spotless mind

Nie zastanawiało cię nigdy, w jaki sposób została wykreowana twoja percepcja rzeczywistości? Tzn. poskładana z takich maleńkich puzzelków ogólna świadomość siebie i otoczenia, takie cegiełki tworzące monument spójności wszechświata. Rodzice wpajają ci niektóre rzeczy od urodzenia “na gotowo”, niektórych uczysz się postrzegać sam. Te panele określonych przyzwyczajeń, założeń, szacowań tworzą hermetyczną mozaikę prywatnej scieżki, którą bezwiednie podążasz. Czasem dociera do mnie, jak bardzo wielka jest złożoność wszechrzeczy i jednocześnie - jej zagadkowość. Czemu jest tak, a nie inaczej, lub LEPIEJ: czemu widzisz to w taki konkretny sposób i nie zastanawiasz się nad genezą postrzeganego. Codziennie otwieram oczy i rysuje się przede mną krzywizna sufitu, promienie słońca o żółtawej poświacie wpadają przez szczelinę między turkusowymi zasłonami, a gdzieś w tle słychać zgiełk budzącego się miasta. Tyle w tym poprzednim zdaniu subiektywizmu: kolory, które nie wiadomo skąd się biorą i może są tylko odbiciami fali świetlnych od bezbarwnych przedmiotów; krzywizny, które prawdopodobnie są tylko złudzeniem optycznym; dźwięki, które każde ucho może odbierać inaczej. Nawet słowa jakich używam do opisywania tego natłoku myśli są tak względne… I można by tak wyliczać w nieskończoność. Ale jednym z pojęć, które mnie zawsze zachwycały jest czas. Nie ma idealnie zsynchronizowanych zegarków, południe słoneczne jest nieprecyzyjne i zależne od pory roku, a doba tak naprawdę nie ma równych 24 godzin. Mimo to jakoś radzimy sobie, uznając godziny i ich powtarzalność, a jednocześnie osiowy schemat czasu i brak powtarzalności, czy dostrzegasz ten swoisty absurd? Czas to cegiełka tuż przy podstawie naszego światopoglądu, czy gdyby ją zabrać, potrafilibyśmy znaleźć jakoś codzienność, czy błądzilibyśmy bez celu, szukając jakiegoś substytutu? Usiłuje przeprowadzić taki eksperyment myślowy, świata bez czasu; nie tyle bez przemijania, ale bez znanej nam jego systematyzacji - jedyne co osiągam to transcendentalna pulpa nie dająca się nijak skleić w spójny obraz. Wokół dat i terminów tworzymy naszą pamięć, zaczepiamy poszczególne wspomnienia o 15 września, 30 lipca, dziewiątą rano, cztery po dwunastej, zeszłego roku, trzy kwartały temu. A nasza pamięć jest przecież kluczowym budulcem pojęcia “ja”, samoświadomości i tzw. osobowości. Nie ma jednostki “x” bez wspomnień tego iksa z dzieciństwa, bez jego zapisu wszelkich doświadczeń, bez pasma rozczarowań z licealną miłością i bólem pojmowania niesprawiedliwości świata. Nie ma mnie bez tych wieloletnich, bezskutecznych prób zrozumienia drogi do doskonałości, bez entuzjastycznych uniesień i ponawianych blizn odrzucenia. Negacja czasu wiązałaby się z niespójnością reliktów z kształtowania naszego charakteru, usposobienia, “nas”. Byłaby metafizyczną lobotomią, resetem dysku twardego, wymazaniem wspomnień - to zaś, niewątpliwie, wypaczeniem zawiłości indywidualnej percepcji i reakcji. Byłby tylko efemeryczny mętlik impulsywnych emocji, dzikich, niewytłumaczalnych, przytłaczających, zamieniających nas w obłąkane zombie niemogące znaleźć ukojenia, bez żadnego postępu. Nie mogłabym pisać, nie mogłabym snuć nierealnych marzeń wśród ciemności nocy, miałabym takie głupie, płytkie szczęście holistycznej nieświadomości. Nie takiego jednak chyba szukam.

Jakże szczęśliwi niewinni i bez skazy,
Zapomniany świat ludzi zapomnianych,
Nieśmiertelny czystego umysłu blask,
Modlitwy wysłuchane, życzeń brak.
A. Pope “Eloise To Abelard” (“Eternal Sunshine Of The Spotless Mind”)

Trzy kosmiczne noce

Jest już całkiem późno, oczy moje zamykają się mimowolnie, a gdzieś nad tymi skłębionymi warstwami chmur i snopami deszczu spadają gwiazdy, niebo się wali, od firmamentu odpadają jego gwoździe o błyszczących własnym światłem główkach. Nieprawda, to deszcz perseidów, piękny, magiczny, a niebo nie wali się, bo jeszcze muszę spróbować tylu ważnych rzeczy i poczuć, że się udają. Superksiężyc rzucił na mnie urok pomyślności, nie ma zła w ogólnym rozrachunku, małe jego oznaki w codziennym życiu to tylko skrzywione odbicia od gwiezdnych lusterek, refleksy prawdziwego przeznaczenia. Zdaje ci się często, mnie przecież też, (nawet nad wyraz) że niedobrze toczą się ścieżki twego postępowania, że emocje są rozpalane jak żelazo w starej kuźni, która nagle zostaje opuszczona, a wyroby pozostają bezużyteczne i niedokończone, ale to tylko rys jakiś większego planu. Szersza perspektywa. Z daleka nic nie jest tak złe jak się wydaje, z najwyższego piętra nie widać już rozwalających się na chodniku śmieci, a z księżyca znikają twoje lęki i zawody. Wszystko składa się w zgrabny ekosystem, elementy układanki, powtarzająca się prahistoria, układy kosmiczne. Zerknę więc z daleka, oddam się rzeczywistości, to wszystko co indywidualne i jednostkowe jest takie drobne, ledwie istniejące. Kiedy znowu o tym zapomnę, wespnę się na jeden z tych sunących po niebie odłamków kosmicznych, ze wspaniałym złotym warkoczem, zmierzającym nieuniknienie do swego rychłego końca, godnie jednak wypełniającym swe przeznaczenie. Z nich powinnam dostrzec wyższy porządek. Proszę tylko, byleby nie był zbyt okrutny dla krótkowzrocznej percepcji maluczkiego człowieka, który wiecznie pochłonięty jest wielkimi nadziejami o niesprecyzowanym źródle, niczym z powieści Dickensa, oczekujący, że spełnią się bo tak to sobie ułożył w głowie.

bękarty i deszcze dudniące

Mam takie różne historie, tłuką mi się po głowie. Mówiłeś mi często, że nie potrafisz pisać, i że jak to się właściwie robi. Ja nie wiem, nie chciałam brzmieć zarozumiale, ale dla mnie to jest bardzo naturalne, że myśli formują się w słowa, a te w zdania. Najtrudniejsze, to te zdania między sobą uzgodnić, nadać im kolejność, ale i to jest do zrobienia. Chciałabym móc nazwać siebie literatem, po to tylko, aby zrozumieć zasadność oplatających me strumienie myślowe ciągów frazeologizmów, idiomów, sformułowań, by miało to jakiś sens. Chciałabym, żeby to coś znaczyło, mówię czasem o tym, że “piszę”, “coś piszę”, “trochę się w to pisanie bawię”, pokazuje nawet te produkcje, te zestawy często pisanych w emocjonalnym bezładzie słów, i nie wiem później, czego oczekuję. Liczę chyba, że to coś zmieni, może ci zaimponuje, może sprawi, że zdumiejesz się ogromnie, pokochasz te umiejętności, którymi mogłabym się dzielić. To nigdy nie następuje, ani nie nastąpi, na końcu tego labiryntu skojarzeń sama wiem przecież, że to zbyt mało, że nie ma żadnego znaczenia, a wszystko to, to tylko moje folgowanie własnemu amatorskiemu natchnieniu. Niemniej jednak - ku możliwemu powszechnemu zaskoczeniu - nie zamierzam na razie przestać. Sens znajdzie się po drodze, zaskakujący i pewnie zupełnie antagonistyczny do oczekiwanego. Nadal mam w głowie te zdania, te powiązania, o!, to zdanie byłoby ładnym wstępem, to ładnie wiązałoby jeden akapit z drugim. Ze zdjęciami jest tak samo, ale to chyba ma każdy - widzę te piękne kadry, kontempluję padanie światła i daję się ponieść wrażeniu, że któryś z aparatów uchwyciłby idealnie i nastrojowo te skąpane w lekkim słońcu ułamki sekund. Moje życie to nieustający akt twórczy, bezsensowny być może na tym etapie, mało zajmujący dla społeczeństwa, niezbyt wartościowy, ale jednak - ciągle i ciągle, nowe i piękne, jakby to złapać, jakby ująć tę gnającą przez prerię zastanowień myśl; podkuję ją powiedzeniem takim a takim, frazeologizm taki a taki stanie się kowbojskim lassem, a ta metafora idealnie okiełzna jej gwałtowny galop.

Mam więc te historie, mam te początki, te podjęte i porzucone wątki, te pałętające się koncepty, te ciągi skojarzeń. Łapię co poniektóre, ujarzmiam, żeby widzieć, jak stają się osnową jakiejś prywatnej całości; nie wiem jeszcze, co to za całość i co właściwie oznacza, ale sens znajdzie się po drodze, tym razem mam dobre przeczucia.

ćwiczenie mistrza czyni

Virginia Woolf zwykła podobno mawiać, że najlepszym sposobem na doskonalenie warsztatu pisarskiego jest prowadzenie dziennika. Pewnie miała rację, ale te moje myśli nie dają złapać się w formę dziennika. Są dzikie czasem, rozpierzchnięte jak płoche zebry na sawannie. Mogłabym gonić je codziennie, polować z psami myśliwskimi i zamiast zestrzelać, przymuszać nieznacznie do posłuszeństwa, ujarzmiać dzień po dniu, ale ich nieposkromiona natura jest dla mnie też w pewien sposób fascynująca. Piszę więc okazjonalnie, siadając przed klawiaturą w różnych humorach i z różnym nastawieniem. Nie chciałabym popadać w niejaką powtarzalność, hiperbolizując docierać do patosu czy błądzić w labiryncie zeznań, przecząc sobie kardynalnie. Mam też nadzieję, że piszę naprawdę dla siebie, z myślą o własnym samodoskonaleniu, a nie z pewnego rodzaju niezrozumiałej, ewolucyjnej próżności… Nie wiem tego jeszcze, nie znając stety bądź niestety dokładnie machiny swojego umysłu, a zdając sobie sprawę z tajemniczej działalności neuronów w podświadomej jego warstwie. Jestem zmęczona, tym razem fizycznie, dlatego zamykam tę niekończącą się lawinę wyobrażeń, powiązań i skojarzeń. Kiedy mówiłam, że “mam dużo do powiedzenia”, naprawdę miałam to na myśli - ale nie do końca w takiej formie w jakiej to zrozumiałeś (że chwalę się trochę moją mądrością i elokwencją), ale w takiej, że moja głowa to galaktyka rodzących się co chwilę gwiazd pomysłów i przemyśleń, kradnących mą uwagę raz po raz, w rożnej kolejności w różne strony patrząc. Nie da się galaktyki objąć przecież wzrokiem, ani nawet myślą. Wiesz, że jest naokoło, że jest wieloraka, ale pojąć jej w całości nie możesz. Odlatuję więc statkiem kosmicznym ku kojącym snom, które rozrywają serce tylko nieznacznie, i tylko kiedy się kończą, ale warte są czasem rozczarowań, bo dają mglistą nadzieję wizji ewentualnego jutra.