asking questions

looking for extraoridary

ćwiczenie mistrza czyni

Virginia Woolf zwykła podobno mawiać, że najlepszym sposobem na doskonalenie warsztatu pisarskiego jest prowadzenie dziennika. Pewnie miała rację, ale te moje myśli nie dają złapać się w formę dziennika. Są dzikie czasem, rozpierzchnięte jak płoche zebry na sawannie. Mogłabym gonić je codziennie, polować z psami myśliwskimi i zamiast zestrzelać, przymuszać nieznacznie do posłuszeństwa, ujarzmiać dzień po dniu, ale ich nieposkromiona natura jest dla mnie też w pewien sposób fascynująca. Piszę więc okazjonalnie, siadając przed klawiaturą w różnych humorach i z różnym nastawieniem. Nie chciałabym popadać w niejaką powtarzalność, hiperbolizując docierać do patosu czy błądzić w labiryncie zeznań, przecząc sobie kardynalnie. Mam też nadzieję, że piszę naprawdę dla siebie, z myślą o własnym samodoskonaleniu, a nie z pewnego rodzaju niezrozumiałej, ewolucyjnej próżności… Nie wiem tego jeszcze, nie znając stety bądź niestety dokładnie machiny swojego umysłu, a zdając sobie sprawę z tajemniczej działalności neuronów w podświadomej jego warstwie. Jestem zmęczona, tym razem fizycznie, dlatego zamykam tę niekończącą się lawinę wyobrażeń, powiązań i skojarzeń. Kiedy mówiłam, że “mam dużo do powiedzenia”, naprawdę miałam to na myśli - ale nie do końca w takiej formie w jakiej to zrozumiałeś (że chwalę się trochę moją mądrością i elokwencją), ale w takiej, że moja głowa to galaktyka rodzących się co chwilę gwiazd pomysłów i przemyśleń, kradnących mą uwagę raz po raz, w rożnej kolejności w różne strony patrząc. Nie da się galaktyki objąć przecież wzrokiem, ani nawet myślą. Wiesz, że jest naokoło, że jest wieloraka, ale pojąć jej w całości nie możesz. Odlatuję więc statkiem kosmicznym ku kojącym snom, które rozrywają serce tylko nieznacznie, i tylko kiedy się kończą, ale warte są czasem rozczarowań, bo dają mglistą nadzieję wizji ewentualnego jutra.

Sosna usycha z tęsknoty

alt-J - Hunger Of The Pine

Błąd przeświadczenia

Może nie miałam racji? Może źle cię oceniłam? Zmierzyłam cię swoją miarą, założyłam, że powiesz i pomyślisz to samo co ja, a ty jednak jestes inny, nie znam cię wcale na wskroś, zaskakująco jesteś mi nieznany. Dobrze. Nowe. Perlenie zdań lepiej wychodzi mi, gdy nikt nie słucha, schizofrenicznie do siebie lubię filozofować i uzewnętrzniać się w pustkę, jakgdybym miała w tej próżni znaleźć panaceum i być może wyrozumiałego słuchacza. Nie rozumiem sama siebie i tych upodobań. Nie są jednak tak złe; akceptuję je niejako, bo są mi nieodłączne. Dziwactwa charakteru.

Głupienagłówkiwmagazynach

A kogo to obchodzi? Nie można żyć tak po prostu?

Nie. Nie można. Nie umiem nie myśleć i nie chcieć, nie tęsknić, nie szukać. Pustostan serca i głowy jest u mnie nierealny, i nie wiem czy to dobrze czy źle.

Białe

Pamiętasz jak rozmawialiśmy o poszukiwaniach? Kłamałam wtedy. Miała to być szczera rozmowa o prawdziwych nas, wiem że tego chciałeś. Chciałeś mi sam opowiedzieć o sobie, prawdę, i chciałeś usłyszeć ją ode mnie. Nie mogłam jednak. Musiałam zachować dystans, który i tobie nie pozwolił mówić. Wyszła wspaniała gra pozorów, zachowanie konwenansów pozwoliło nam dalej prowadzić bez onieśmielenia tę przyjacielską konwersację. Przepraszam cię za to, ale to się na razie nie zmieni, nie mogę innymi ścieżkami prowadzić naszych dialogów, bo zgubiłyby nas. Pomyślałam nawet przez chwilę, żeby po prostu zabrać cię na kawę i wyłuszczyć sedno mojej emocjonalności, ale nie, wiem, że lepiej napisać to tutaj, bezpiecznie pozostawiając niedopowiedzenia i inwokując próżnię. Owego wieczora, wcześniej, później, nawet teraz - ciężko przyznać, że wypowiedziane słowa były stuprocentowym kłamstwem. W sumie nie były i waham się nadal, bo czasem krążą jakby po orbitach urzeczywistnialności, mają perspektywy bliższe prawdziwej wersji. Chodzi o to, że przyznanie się, na głos, sprowadziłoby pojęcie porażki, smutku i pesymizmu; wiedziałam, że zgodziłbyś się ze mną, widzę, że mógłbyś utożsamić się z moją historią, wskoczyć w moje buty, i musielibyśmy sobie nawzajem współczuć, a ja nie chciałam tak brzmieć, nie chce. Kłamstwa moje, za twoim przyzwoleniem, miały więc barwę odcieni białego. Nie mogę mówić inaczej, bo sama chce wierzyć. W to, że nie poszukuję, że obecna sytuacja to mój wybór i że świadomie nie oczekuję niczego więcej. Właśnie, świadomie. Świadomie to raczej właśnie oczekuję, ale podświadomie - zaprawdę - przedmiot moich oczekiwań jest przeze mnie odrzucany, sabotowany. Mówiłam już o tym przecież, rzecz jasna nie tobie, ale tak, opowieść ta nadal jest aktualna. Zmieniło się to, że zaczęłam wierzyć w możliwość aktualizacji, zmiany, przyjdzie czas, w którym będę już w stanie pogodzić świadomość z podświadomością, wewnętrzny antagonizm sił perswazji kilku ośrodków wyparuje, odejdzie w niepamięć. Powiem ci wtedy, że tak jakoś wyszło, że przecież nie czekałam na to wcale. Znowu skłamię, wiemy o tym i ja, i ty. Ale tak musi być, czytamy między wierszami, ale kurtuazyjnie przymykamy oko na te obserwacje, obiecujemy że nie będziemy ich widzieć. Wybielamy siebie wzajemnie, delikatnie, oddając sobie tę drobną przysługę. Cieszę się, że grasz ze mną w tę grę, dajesz mi swobodę i nie zarzucasz nieszczerości. Wiesz, że nie są to intencjonalne, perfidne konfabulacje, a jedynie kamuflaż ochronny, potrzebny nam obojgu, by bez lęku móc witać każdy kolejny poranek.

Tak

Ku własnemu zaskoczeniu, poczułam, że szczęście jest możliwe także poza bańką… Naprawdę temu nie dowierzałam, ale teraz mam wrażenie, że z kostek które partycypują we wspaniałości wybudowano wieżę wysoką na metry. Ze zdumieniem wspięłam się po coraz wyższych szczeblach; wspinam się dalej, a perspektywy ciągle obiecujące, czubek wieży w chmurach. Jest to wielce zajmujące, fascynujące, uskrzydlające, ale niepojętym było dla mnie do tej pory, że w ogóle - możliwe. Oddycham zwykłym, nienarkotycznym powietrzem, żyję i czuję, serce bije prędko jak zwykle, a poczucie szczęścia nie znika. Nie jest to szczęście euforyczne, podobne zakochaniu; nie jest to też entuzjazm szaleńca; nie jest to wszystko-albo-nic z wspomnianego już przeze mnie potencjału czynnościowego. To jest takie ciche spełnienie, niewynikające z jednego wydarzenia, a z całokształtu pomyślności. Przejmuje mnie jednak wielką trwogą, że jestem zbyt wysoko. Wspinanie się jest niewymowną rozkoszą, ale coraz większe jest ryzyko upadku. Zwyczajnie boję się, że jest ZA DOBRZE, przyzwyczajona do smutku nie potrafię uwierzyć w obecne okoliczności. Boję się też prosić o więcej, bo choć nie jest idealnie, to może kolejny szczebel będzie obluzowany, a wieża runie? Mą pobożną, pokorną prośbą jest, by nie odbierać mi tego zbyt drastycznie. By to choć trochę trwało, ta idylla codzienności, by nie spierzchła raptownie i gwałtownie, bo nie wiem, czy postawiona przed takim kontrastem emocjonalnym będę jeszcze w stanie się podnieść spośród ruin. W tym co mówię jest faktycznie dużo pesymizmu i fatalizmu, ale tak jak mówię - ‘siła przyzwyczajenia’, nawyk smutku. A teraz wszystko jest tak inne, pragnęłabym żeby to obecne samopoczucie stało się mi typowym. Na razie jednak, wdzięczność wszechogarniająca, dziękuje ci serdecznie odgórna siło, za tę chwilę w której odnajduję spokój serca i uśmiech losu, nawet jeśli miałyby one być przejściowe. Dziękuję.

(Source: instagram)

Głód niefizyczny

Żadna deprywacja nie jest zdrowa; nie każdą da się jednak tak prosto zaspokoić. Po tak długim okresie wygłodnienia organizm zachowuje się więc skrajnie impulsywnie: zupełnie niekontrolowanie usiłuje skorzystać z każdej, najmniejszej nawet możliwości usatysfakcjonowania. Chce raptownie zadośćuczynić wieloletnim, ziejącym pustką brakom. Całkowicie nierozważnie chwyta się więc każdej sposobności, każdego, lichego nawet substytutu. Nieważne już, czy to solidny cement czy mierny kit. Tylko tak sobie potem myślisz, dlaczego dziury robią się na nowo i wszystko wali się u podstaw, w sumie z twojej winy. Ale nie masz racji, to nie twoja wina, to szał organizmu działającego w brawurze pragnienia. Nic nie poradzisz. Walcz tylko, o ile możesz, żeby rozumu nie zżarł do reszty kwas, trawiący już twój wygłodniały żołądek.

teraz

wcześniej